piątek, 5 kwietnia 2013

Perhaps.

WYTYFY? jest druga w nocy i prawdopodobnie napisałabym mnóstwo, ale powoli przestaje widzieć literki.
************************************************************
Dzwonek.
Dzwoni.
Do.
Drzwi.
Zabije ich.
-Jeżeli przyszedłeś mnie jednak przeprosić i błagać o przebaczenie, to wróć z wódką. Wtedy się zastanowię.-Annabeth siada na dywaniku przed drzwiami i patrzy na nie, jakby dzięki temu miała przewiercić w nich dziurę oczami i sprawdzić, kto kryje się po drugiej stronie lustra.
Dokładniej drzwi.
Dzwonek.
Dzwoni.
Nadal.
-Jeśli jesteś Arturem, zapukaj dwa razy, skoro nie chcesz mówić.
Cisza.
-Jeśli Kasjanem, to kopnij w drzwi i możesz iść.
Cisza.
-Mamą, raz?
Cisza.
Tym razem nastała cisza po obu stronach. Annabeth powoli podniosła się z dywanu i z niepokojem wypisanym na twarzy przybliżyła się do drzwi. Już miała nacisnąć na klamkę, ale... niepokój i lekki strach wziął górę. Szlag by to...
-Jeśli...- tutaj głos delikatnie jej zadrżał- jeśli jesteś Leną, to po prostu naciśnij klamkę.
I kiedy klamka się poruszyła, serce Anny jakoś szybciej zaczęło bić. To już nie był strach.
Do środka weszła Lena. Wyglądała wyjątkowo ładnie, o dziwo.
Długie włosy, nieuczesane spływały jej na ramiona. Miała zarumienione policzki i spękane usta, ze śladami krwi.
-Czułam, że prędzej czy później przyjdziesz.- Annabeth, po części skłamała. Wiedziała, że Lena powinna przyjść. Ale nie wiedziała, czy przyjdzie.
Anna chciała, żeby przyszła.


wtorek, 2 kwietnia 2013

Midnight.

Wszystko jest bez sensu. Moje życie trochę mi przesypuje się między palcami, no ale nieważne. Kompletnie nie mam weny. Albo inaczej: mam cholernie dużo pomysłów, nie potrafię ich ulokować.
*********
Stukanie.
Szuranie.
Stukanie.
Szuranie.
Czyżbym znowu nie zamknęła drzwi?...
Dookoła jest przeraźliwie ciemno i ciemna postać wchodzi do pokoju. Szybko wychodzi, ale w równie szybkim tempie wraca do pomieszczenia. Przybliża się do łóżka i rzuca czymś w leżącą na nim postać.
Nie. Nie rzuca.
Oblewa.
Szklanką zimną wody.
-Co do cholery robisz?!-Annabeth momentalnie podrywa się z łóżka i staje twarzą w twarz z Arturem. Jego twarz aktualnie przypominała dojrzałego, czerwonego pomidora.
-Był u mnie Kasjan. Powiedział mi co zrobiłaś. Ann, ja rozumiem, że masz problemy z matką, że Twoja siostra z wami nie mieszka, że wszystko jest w Twoim prostym życiu trochę za bardzo pogmatwane, ale nie masz prawa wtrącać się do mojego życia. Mojego życia. Rozumiesz?-Artur jakby jeszcze bardziej poczerwieniał na twarzy. Zadziwiające, że jest to w ogóle możliwe.
Annabeth ze stoickim spokojem otarła twarz z wody, po czym na jej palcach zostały resztki makijażu, który i tak był resztą wczorajszego.
-Czy mi się wydaje, czy jest gdzieś około godziny... późno?
-Północ dokładnie.
-Oh. I o północy przychodzisz mi powiedzieć o tym, że Twój chłopak jest żałosnym diabłem, a ja to olałam? Przepraszam, nie sprawdziłam się jako przyjaciółka.- Wyraźnie zirytowana uśmiecha się głupkowata i odwraca się od niego. Podchodzi biurka, bierze z niego paczkę papierosów, wyjmuje jednego i odpala, nie patrząc na Artura chociażby kątem oka.
-Powiedział mi. Że był tutaj. Że mu groziłaś. Że kazałaś mu, zostawić mnie w spokoju. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak zdruzgotany był.
A to sukinsyn.
Annabeth marszczy czoło, przez co wygląda bardzo staro. Włosy spływają jej swobodnie na twarz. Dmuchnięcie odkrywa swoje oczy, uwalnia je od włosów, które nagminnie je atakowały. Uśmiecha się kąśliwie, podgryza swoją wargę, żeby po chwili z pełną powagą się odwrócić.
-Starałam się. Chcę dla Ciebie jak najlepiej. Tak po prostu. Chłopaczek źle to odebrał.
-Źle to odebrał? Ciekawe jak Ty byś to odebrała!- Artur zrobił się z czerwonego, dziwnie blado-siny. Podszedł do Ann, dzieliły ich zaledwie centymetry. Był zirytowany. Zły. Rozgoryczony. Rozczarowany.
-Nie chcę Cię więcej widzieć. Jak zareagujesz na to?
Tak.
Annabeth dmuchnęła mu dymem prosto w twarz.
Po czym uśmiechnęła się.