WYTYFY? jest druga w nocy i prawdopodobnie napisałabym mnóstwo, ale powoli przestaje widzieć literki.
************************************************************
Dzwonek.
Dzwoni.
Do.
Drzwi.
Zabije ich.
-Jeżeli przyszedłeś mnie jednak przeprosić i błagać o przebaczenie, to wróć z wódką. Wtedy się zastanowię.-Annabeth siada na dywaniku przed drzwiami i patrzy na nie, jakby dzięki temu miała przewiercić w nich dziurę oczami i sprawdzić, kto kryje się po drugiej stronie lustra.
Dokładniej drzwi.
Dzwonek.
Dzwoni.
Nadal.
-Jeśli jesteś Arturem, zapukaj dwa razy, skoro nie chcesz mówić.
Cisza.
-Jeśli Kasjanem, to kopnij w drzwi i możesz iść.
Cisza.
-Mamą, raz?
Cisza.
Tym razem nastała cisza po obu stronach. Annabeth powoli podniosła się z dywanu i z niepokojem wypisanym na twarzy przybliżyła się do drzwi. Już miała nacisnąć na klamkę, ale... niepokój i lekki strach wziął górę. Szlag by to...
-Jeśli...- tutaj głos delikatnie jej zadrżał- jeśli jesteś Leną, to po prostu naciśnij klamkę.
I kiedy klamka się poruszyła, serce Anny jakoś szybciej zaczęło bić. To już nie był strach.
Do środka weszła Lena. Wyglądała wyjątkowo ładnie, o dziwo.
Długie włosy, nieuczesane spływały jej na ramiona. Miała zarumienione policzki i spękane usta, ze śladami krwi.
-Czułam, że prędzej czy później przyjdziesz.- Annabeth, po części skłamała. Wiedziała, że Lena powinna przyjść. Ale nie wiedziała, czy przyjdzie.
Anna chciała, żeby przyszła.
piątek, 5 kwietnia 2013
wtorek, 2 kwietnia 2013
Midnight.
Wszystko jest bez sensu. Moje życie trochę mi przesypuje się między palcami, no ale nieważne. Kompletnie nie mam weny. Albo inaczej: mam cholernie dużo pomysłów, nie potrafię ich ulokować.
*********
Stukanie.
Szuranie.
Stukanie.
Szuranie.
Czyżbym znowu nie zamknęła drzwi?...
Dookoła jest przeraźliwie ciemno i ciemna postać wchodzi do pokoju. Szybko wychodzi, ale w równie szybkim tempie wraca do pomieszczenia. Przybliża się do łóżka i rzuca czymś w leżącą na nim postać.
Nie. Nie rzuca.
Oblewa.
Szklanką zimną wody.
-Co do cholery robisz?!-Annabeth momentalnie podrywa się z łóżka i staje twarzą w twarz z Arturem. Jego twarz aktualnie przypominała dojrzałego, czerwonego pomidora.
-Był u mnie Kasjan. Powiedział mi co zrobiłaś. Ann, ja rozumiem, że masz problemy z matką, że Twoja siostra z wami nie mieszka, że wszystko jest w Twoim prostym życiu trochę za bardzo pogmatwane, ale nie masz prawa wtrącać się do mojego życia. Mojego życia. Rozumiesz?-Artur jakby jeszcze bardziej poczerwieniał na twarzy. Zadziwiające, że jest to w ogóle możliwe.
Annabeth ze stoickim spokojem otarła twarz z wody, po czym na jej palcach zostały resztki makijażu, który i tak był resztą wczorajszego.
-Czy mi się wydaje, czy jest gdzieś około godziny... późno?
-Północ dokładnie.
-Oh. I o północy przychodzisz mi powiedzieć o tym, że Twój chłopak jest żałosnym diabłem, a ja to olałam? Przepraszam, nie sprawdziłam się jako przyjaciółka.- Wyraźnie zirytowana uśmiecha się głupkowata i odwraca się od niego. Podchodzi biurka, bierze z niego paczkę papierosów, wyjmuje jednego i odpala, nie patrząc na Artura chociażby kątem oka.
-Powiedział mi. Że był tutaj. Że mu groziłaś. Że kazałaś mu, zostawić mnie w spokoju. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak zdruzgotany był.
A to sukinsyn.
Annabeth marszczy czoło, przez co wygląda bardzo staro. Włosy spływają jej swobodnie na twarz. Dmuchnięcie odkrywa swoje oczy, uwalnia je od włosów, które nagminnie je atakowały. Uśmiecha się kąśliwie, podgryza swoją wargę, żeby po chwili z pełną powagą się odwrócić.
-Starałam się. Chcę dla Ciebie jak najlepiej. Tak po prostu. Chłopaczek źle to odebrał.
-Źle to odebrał? Ciekawe jak Ty byś to odebrała!- Artur zrobił się z czerwonego, dziwnie blado-siny. Podszedł do Ann, dzieliły ich zaledwie centymetry. Był zirytowany. Zły. Rozgoryczony. Rozczarowany.
-Nie chcę Cię więcej widzieć. Jak zareagujesz na to?
Tak.
Annabeth dmuchnęła mu dymem prosto w twarz.
Po czym uśmiechnęła się.
*********
Stukanie.
Szuranie.
Stukanie.
Szuranie.
Czyżbym znowu nie zamknęła drzwi?...
Dookoła jest przeraźliwie ciemno i ciemna postać wchodzi do pokoju. Szybko wychodzi, ale w równie szybkim tempie wraca do pomieszczenia. Przybliża się do łóżka i rzuca czymś w leżącą na nim postać.
Nie. Nie rzuca.
Oblewa.
Szklanką zimną wody.
-Co do cholery robisz?!-Annabeth momentalnie podrywa się z łóżka i staje twarzą w twarz z Arturem. Jego twarz aktualnie przypominała dojrzałego, czerwonego pomidora.
-Był u mnie Kasjan. Powiedział mi co zrobiłaś. Ann, ja rozumiem, że masz problemy z matką, że Twoja siostra z wami nie mieszka, że wszystko jest w Twoim prostym życiu trochę za bardzo pogmatwane, ale nie masz prawa wtrącać się do mojego życia. Mojego życia. Rozumiesz?-Artur jakby jeszcze bardziej poczerwieniał na twarzy. Zadziwiające, że jest to w ogóle możliwe.
Annabeth ze stoickim spokojem otarła twarz z wody, po czym na jej palcach zostały resztki makijażu, który i tak był resztą wczorajszego.
-Czy mi się wydaje, czy jest gdzieś około godziny... późno?
-Północ dokładnie.
-Oh. I o północy przychodzisz mi powiedzieć o tym, że Twój chłopak jest żałosnym diabłem, a ja to olałam? Przepraszam, nie sprawdziłam się jako przyjaciółka.- Wyraźnie zirytowana uśmiecha się głupkowata i odwraca się od niego. Podchodzi biurka, bierze z niego paczkę papierosów, wyjmuje jednego i odpala, nie patrząc na Artura chociażby kątem oka.
-Powiedział mi. Że był tutaj. Że mu groziłaś. Że kazałaś mu, zostawić mnie w spokoju. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak zdruzgotany był.
A to sukinsyn.
Annabeth marszczy czoło, przez co wygląda bardzo staro. Włosy spływają jej swobodnie na twarz. Dmuchnięcie odkrywa swoje oczy, uwalnia je od włosów, które nagminnie je atakowały. Uśmiecha się kąśliwie, podgryza swoją wargę, żeby po chwili z pełną powagą się odwrócić.
-Starałam się. Chcę dla Ciebie jak najlepiej. Tak po prostu. Chłopaczek źle to odebrał.
-Źle to odebrał? Ciekawe jak Ty byś to odebrała!- Artur zrobił się z czerwonego, dziwnie blado-siny. Podszedł do Ann, dzieliły ich zaledwie centymetry. Był zirytowany. Zły. Rozgoryczony. Rozczarowany.
-Nie chcę Cię więcej widzieć. Jak zareagujesz na to?
Tak.
Annabeth dmuchnęła mu dymem prosto w twarz.
Po czym uśmiechnęła się.
wtorek, 22 stycznia 2013
Żądza.
-Wracam akurat z kina. Pomyślałem, że wpadnę.
-Artur nie mówił, że mieszkasz w okolicy...
-Bo nie mieszkam.- Po tych słowach szturchnął delikatnie Annabeth, ale jej delikatne ciało odczuło to podwójnie mocno. Wszedł do domu, rozebrał się i zaczął się rozglądać za kuchnią. Kiedy już się w niej znalazłam, usiadł na jednym z krzeseł i założył nogi na drugie, kompletnie nie zwracając uwagi na Ann wpatrującą się w niego zdziwionymi oczami.
-Nie lubię gości. I niezapowiedzianych też. I o tej godzinie.-Annabeth stanęłam na środku kuchni i ani myślała ruszyć się chociażby o milimetr. Nienawidziła Kasjana odkąd pierwszy raz go tylko zobaczyła i wiedziała, że z nim jest coś nie tak. Ann uwielbia to uczucie.
Kiedy ma rację.
-A ja lubię składać niezapowiedziane wizyty o dziwnych porach dnia i nocy. Jakiś problem?- Przymrużył delikatnie oczy i zmarszczył nieznacznie czoło. Trwało to zaledwie moment, bo szybko wrócił do swojego poprzedniego kamiennego wyglądu. Nie przypominał już tego chłopaka z imprezy, który uśmiechał się i był panem idealny. Niestety, ale to nie ta sama osoba.
Albo inaczej.
To nie ta sama strona osobowości.
-Powiem wprost i bez owijania w bawełnę.- Jego wyraz znów zmienił się na moment, bo znowu przymrużył oczy, jakby miał ochotę ją zabić.
Zdjął nogi z krzesła i powoli wstał z tego, które zajmował. Z każdą sekundą, zbliżał się do niej. A kiedy był już na tyle do niej blisko, żeby czuła jego oddech, zaczerpnął powietrza.
-Masz odczepić się ode mnie i od Artura. Zrozumiałaś? Jesteśmy razem, a Tobie ma to nie przeszkadzać. Albo tego pożałujesz.- Szczególny nacisk nałożył na "nie" i "pożałujesz".
3...
2...
1...
Trzask.
Trzask zamykanych drzwi. Znów została sama. Powracam do tego, co robiłam.
I wyglądając jak gnijący trup powlokła się do swojego pokoju, po czym rzuciła się na łóżko. Zasypiając, nie zdawała sobie sprawy, że za dwie godziny znów ktoś jej przeszkodzi.
********************************************************
Wena uciekła, tak jakby. Piszę dla jednej/ dwóch osób, ale w sumie, nie przeszkadza mi to.
Wracam powoli do potterowskiej tematyki. Brakowało mi tego i nie wykluczam, że ten blog niedługo zdechnie śmiercią elektroniczną.
-Artur nie mówił, że mieszkasz w okolicy...
-Bo nie mieszkam.- Po tych słowach szturchnął delikatnie Annabeth, ale jej delikatne ciało odczuło to podwójnie mocno. Wszedł do domu, rozebrał się i zaczął się rozglądać za kuchnią. Kiedy już się w niej znalazłam, usiadł na jednym z krzeseł i założył nogi na drugie, kompletnie nie zwracając uwagi na Ann wpatrującą się w niego zdziwionymi oczami.
-Nie lubię gości. I niezapowiedzianych też. I o tej godzinie.-Annabeth stanęłam na środku kuchni i ani myślała ruszyć się chociażby o milimetr. Nienawidziła Kasjana odkąd pierwszy raz go tylko zobaczyła i wiedziała, że z nim jest coś nie tak. Ann uwielbia to uczucie.
Kiedy ma rację.
-A ja lubię składać niezapowiedziane wizyty o dziwnych porach dnia i nocy. Jakiś problem?- Przymrużył delikatnie oczy i zmarszczył nieznacznie czoło. Trwało to zaledwie moment, bo szybko wrócił do swojego poprzedniego kamiennego wyglądu. Nie przypominał już tego chłopaka z imprezy, który uśmiechał się i był panem idealny. Niestety, ale to nie ta sama osoba.
Albo inaczej.
To nie ta sama strona osobowości.
-Powiem wprost i bez owijania w bawełnę.- Jego wyraz znów zmienił się na moment, bo znowu przymrużył oczy, jakby miał ochotę ją zabić.
Zdjął nogi z krzesła i powoli wstał z tego, które zajmował. Z każdą sekundą, zbliżał się do niej. A kiedy był już na tyle do niej blisko, żeby czuła jego oddech, zaczerpnął powietrza.
-Masz odczepić się ode mnie i od Artura. Zrozumiałaś? Jesteśmy razem, a Tobie ma to nie przeszkadzać. Albo tego pożałujesz.- Szczególny nacisk nałożył na "nie" i "pożałujesz".
3...
2...
1...
Trzask.
Trzask zamykanych drzwi. Znów została sama. Powracam do tego, co robiłam.
I wyglądając jak gnijący trup powlokła się do swojego pokoju, po czym rzuciła się na łóżko. Zasypiając, nie zdawała sobie sprawy, że za dwie godziny znów ktoś jej przeszkodzi.
********************************************************
Wena uciekła, tak jakby. Piszę dla jednej/ dwóch osób, ale w sumie, nie przeszkadza mi to.
Wracam powoli do potterowskiej tematyki. Brakowało mi tego i nie wykluczam, że ten blog niedługo zdechnie śmiercią elektroniczną.
środa, 9 stycznia 2013
Sen.
1...
2...
3...
Śnieg.
-W środę wigilia, masz zamiar iść do szkoły w najbliższym czasie?
-Nie.
-Może być śmiesznie, nie sądzisz?
-Nie.-Artur popatrzył na Annabeth z niesmakiem wypisującym się na jego ustach i pokręcił delikatnie głową. Widział, że jego przyjaciółka jest rozbita i nie jest chętna do rozmów jakichkolwiek ale i tak starał się ją jakoś zachęcić do mówienia... czegokolwiek.
-Idę do Kasjana na święta. Wieczorem idziemy... do kina. Może wpadniemy do Ciebie po drodze, weźmiemy Cię ze sobą, hm?-W tym momencie Annabeth z pozycji leżącopodłogowej, przeszła do siedzącopodłogowej.
-Wystarczyło powiedzieć: Zapraszam Cię na gejowskie porno w ciemnej sali kinowej.-Wróciła do swojej poprzedniej pozycji, bo uznała ją za zdecydowanie wygodniejszą. Przyglądała się kiedyś śnieżnobiałemu sufitowi i zaczęła powoli liczyć plamy, które jakimś cudem się na nim znalazły.
-To jakiś dupek. Nie zadawaj się z nim.-Tym razem to Anna ingerowała w życie Artura. Robili to sobie nawzajem, chociaż u Annabeth było to rzadkością. Mówiła to jakby od niechcenia. Nie interesowała się jego życiem, bo było tak naprawdę dla niej bez znaczenia. Nie było różnicy, kogo Artur pieprzy.
-Mam tego dosyć. Obrażasz wszystkich dookoła, a teraz nawet mojego chłopaka? To jest mój chłopak i powinnaś to uszanować.-Artur wstał ze swojego miejsca i w tym samym momencie Anna przybrała pozycję siedzącą. Nie była pewna, o co mu chodzi. Nigdy AŻ tak bardzo nie złościł się o jej głupie uwagi. Ignorował je, zwłaszcza jeśli mogły zaboleć. To system obronny.
Artur bez słowa wyszedł z pokoju z miną, która mówiła, że jest naprawdę wściekły na Anne.
3...
2...
1...
Lód.
-Anna? Anna? Mogłabyś zejść na dół?- Z dołu od pięciu minut do pokoju An napływał zapłakany i zapity głos jej matki. Nie wytrzymam tego jej skrzeku...
Kiedy zeszła na dół, zobaczyła swoją matkę siedzącą w fotelu i wyglądającą jakby właśnie została wyprana ze świadomości, że ktoś ją może zobaczyć. Zobaczyła także Elizę swoją ciotkę, chodzącą w te i z powrotem. Pakowała własnie dużą czerwoną walizkę.
-Z tego co wiem, nie obchodzisz świąt. Tak?
-Tak. Jakie to ma znaczenie El?
-Prosiłam Cię, żebyś tak do mnie nie mówiła. Jestem siostrą Twojej matki, okaż mi trochę szacunku.-Mówiąc to, nie spojrzała nawet na Annabeth. Nie lubiła na nią patrzeć. Eliza widziała w Annie siebie, dlatego tak nienawidziła siostrzenicy.
-Święta spędzimy razem. Odstawię ją do domu po nowym roku. Pasuje?
-Zostawiacie mnie na... Prawie dwa tygodnie?
-Można tak powiedzieć. Z tego co wiem, dostałaś od Wik... od ojca jakieś pieniądze. W szafce nad zlewem leży koperta z pieniędzmi. Że też musiał wziąć Angie akurat na święta...
-Jakie to ma znaczenie? Prędzej czy później by to zrobił...-Kobieta siedząca w fotelu dała znać o swoim istnieniu bulgotaniem, które wypływało z jej ust.
-Dla mnie nie ma żadnego.-Annabeth popatrzyła z politowaniem na matkę i z nienawiścią na ciotkę. Cała rodzina zawsze mówiła, jaka to ona do niej nie jest podobna z charakteru... Nigdy się z tym nie zgadzała.
3...
2...
1...
Dzwonek do drzwi.
Ile razy w ciągu jednego dnia można mieć gości? Anna z niechęcią powlokła się do drzwi i powoli, niechętnie otworzyła je.
Idealna pora na wizytę.
Prawie północ.
-Co Ty tutaj robisz?...
************************************************************
Co to ma w ogóle być? Nie wiem, nie rozumiem, nie kontaktuję.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)