wtorek, 25 grudnia 2012

Nigdy?

3...
2...
1...
Dryń.
Dzwonek do drzwi.
Annabeth nienawidzi tego dźwięku. Jest irytujący prawie tak samo, jak gwizdek przy czajniku.
Artur siedzi naprzeciw niej i zerka pytająco, kiedy ona stara się jakkolwiek zjeść późny obiad.
Angie stoi przed lustrem i ogląda się w swojej białej sukieneczce. Jej mama za to, właśnie pakuje jej ubrania.
Artur wstaje bez słowa od stołu i idzie otworzyć drzwi. 
Anna słyszy jakieś ciche głosy w przedpokoju. Dwa męskie głosy. Po chwili do przedpokoju wchodzi Artur, a tuż za nim 38-letni przystojny mężczyzna. Na jego idealnie przyciętych włosach nie widać ani jednego siwego włoska, a na idealnie białej koszuli ani jednego zagięcia. Na jego nieskazitelnie białych zębach nie widać ani jednej krzywizny, żółci, żadnego dentystycznego błędu.
I za to go nienawidziła.
-Witaj Annabeth. Ślicznie wyglądasz! Ale cóż to, wydaje mi się czy schudłaś?- Patrzy jakby z troską w oczach, ale jego córka dobrze wie, że za ty pierwszym zgubnym wrażeniem kryje się czysty fałsz.
-Twój portfel mógłby schudnąć. Nie sądzisz?- Ojciec zerka na nią i zaczyna się cicho śmiać. Nie może śmiać się głośno, bo to nie przystoi. 
-Tata!- Mała dziewczynka biegnie w stronę wysokiego mężczyzny, a ten szybko bierze ją na ręce i przytula mocno do siebie. Artur, który usiadł już na przeciwko Anny, robi minę, jakby miał zaraz zwymiotować, a po chwili śmieje się bezgłośnie. 
-Leć do mamy. Powiedz, że już jestem.-Angie z rumieńcami na policzkach, uśmiechnięta od ucha do ucha biegnie szybko na piętro. 
-Widzę, że nadal się... przyjaźnicie?- Kiedy jeszcze Annabeth utrzymywała jakiekolwiek kontakty z ojcem, to mówiła mu o Arturze. Było to dawno temu. Kiedyś, kiedy wpadł po Angie, dowiedział się, że Artur jest gejem. Oczywiście nie uwierzył w to, bo pomyślał, że to tylko bajeczka, żeby bez przeszkód spotykać się z jego córką. Ale nie obchodziło go to zbytnio. Tak jak jego córki nie obchodziło jego zdanie.
-Witaj Wiktorze. Umawialiśmy się dopiero na...
-Teraz. Jest punkt szesnasta. Angie jest gotowa?-Odpowiedziało mu zakłopotane skinienie głowy. Po chwili matka Annabeth przytulała się już do młodszej córki, która jak najszybciej chciała się wyrwać z uścisków matki i pojechać do ojca. Mała Angie została zapewniona, że będzie odwiedzana co tydzień. 
Przynajmniej nie będe miała matki na głowie...
Ojciec Ann podszedł do stołu, przy którym siedziała z Arturem, położył dwa banknoty dwustuzłotowe i skinął tylko głową do Artura. 
-Papa Annie!- Mała dziewczynka uśmiechnęła się do starszej siostry. Nie były specjalnie zżyte, ale to nie zmieniło faktu, że bardzo kochała Annabeth. 
Kiedy matka dziewcząt stanęła przed zamkniętymi już drzwiami, za którymi dopiero co zniknęła jej młodsza córka, była bliska płaczu.
-Niedługo przyjdzie Eliza, więc pójdźcie na górę.- Artur wstał od stołu i pociągnął za rękę Annabeth. Nie chciał widzieć, jak czterdziestoletnia kobieta płacze. To żenujące.
Gdy siedzieli już w pokoju Annabeth, zapadła krępująca cisza. Cisza, nie do zniesienia.
-Więc... może powiedz mi, co się wcz...
-Nie. Nie chcę nic słyszeć o tamtym wieczorze. Nigdy. Nigdy o nim nie wspominaj.

Czerwień.

Płacz. Płacz. Płacz. Płacz.
Czuła słone łzy, jakby to po jej policzkach leciały.
Żałosne. Prymitywne. Głupie.
Jakie to słabe-płakać.
Annabeth przewróciła się na drugi bok. Na fotelu niedaleko jej łóżka siedziała jej zapłakana matka.
Co znowu?
-Kiedy wróciłaś?
-Nie śpisz?- kobieta podskoczyła na swoim fotelu zdezorientowana nagłą pobudką córki. Mimo, że dziewczyna nie spała od dobrej godziny, to ... była to 'nagła' pobudka.
- Kilka godzin temu. Widziałam się z Twoim ojcem.- Anna na tę wieść podniosła się z łóżka i usiadła po turecku. Rozbudziło ją to, bo w tym domu rzadko się o nim słyszy. Zostawił matkę An, kilka lat temu, dla jakiejś dwudziestoletniej wymalowanej lalki.
-Chce wziąć do siebie Angie, na jakiś czas... może nawet na pół roku. Powiedział, że jeżeli nie dogadam się z nim, to pójdzie z tym do sądu...- Kobieta podniosła wreszcie zwrok ze swoich dłoni i przeniosła go na starszą córkę. Jej oczy prosiły o poradę. O pomoc. O cokolwiek. Chciały, aby córka jej pomogła. Żeby coś powiedziała. Cokolwiek.
-Oddaj  mu ją. Jeden problem z głowy.-Annabeth uśmiechnęła się cynicznie, po czym wstała z łózka i skierowała się w stronę drzwi.
-Więc uważasz, że jesteście dla mnie problemem?! Jak w ogóle...- reszty nie dosłyszała. Krzyk matki zostawiła za zamkniętymi drzwiami. Wyszła na korytarz, wzięła kilka głębszych wdechów i zamknęła się w łazience.
Podeszła do lustra i chyba pierwszy raz od bardzo dawna zareagowała aż tak gwałtownie na to, co zobaczyła w odbiciu. Odsunęła się o krok,  po czym ze zdziwieniem przekrzywiła głowę i zaczęła się sobie przyglądać jeszcze bardziej.
Więc to nie był sen?...
Ze zdziwieniem przejechała po swoim policzku.
Na jej palcu została czerwona szminka.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bez sensu, co ? Chyba tak. A mi się tak przynajmniej wydaje.
Za 5 minut zapewne zacznę pisać następny rozdział, bo mam parę pomysłów i boję się, że wypadną mi z głowy...
Nieważne.

sobota, 22 grudnia 2012

Uśmiechnij się.

Ten wpis jest jakiś dziwny.
***
-Po prostu się uśmiechnij. O tak, pięknie, ładnie.- Wypowiedziała te słowa bardzo pięknie i z uśmiechem na ustach patrząc jak na twarzy drugiej maluje się uśmiech. Dosłownie.
-Przestań się szamotać, nic Ci to nie da. Mam dla Ciebie jeszcze... 4 minuty.- Powiedział w ciemnościach ten sam głos i nadal malował szminką uśmiech na twarzy drugiej dziewczyny. Jej ręce były związane paskiem od szlafroka, który był w łazience. Zostały tutaj zamknięte, podczas głupiej gry. Siedem minut w niebie.
Jedna z dziewczyn na opak nie patrząc gdzie rysuje, mazała drugiej po twarzy.
-Uwielbiam Batmana, wiesz? -Odpowiedziało jej wierzganie i bulgotanie zza zaklejonych znalezioną taśmą ust. To była dosyć dziwna scena i ktoś z zewnątrz mógłby stwierdzić, że była dosyć perwersyjna.
-Najbardziej lubię Jokera. I ten jego uśmiech. -Znowu wierzganie, znowu bulgotanie, znowu jakiś marny krzyk. Sądziła, że stać ją na więcej. Sądziła, że jest silniejsza.
Myliła się.
-Słonko, nie podoba Ci się tu?- Uśmiechnęła się do siedzącej na muszli klozetowej dziewczyny i do swojego dzieła. Przez dolny otwór w drzwiach wlatywała odrobina światła, dzięki czemu mogła troszkę przypatrzeć się swojemu dziełu.
Faktycznie, przypominała trochę damską wersję Jokera, z trochę bardziej rozmazaną czerwoną szminką na twarzy...
Mimo wszystko, urokliwe.
-Wiesz... przez chwilę sądziłam, że może być lepiej. Dlaczego nie może?-Dźwięk przypominający... przypominający "łabababa" zagościł w łazience i był wręcz zabawny. Zabawny. Jak coś takiego nie może być zabawne? Jak bulgotanie z ust małego dziecka, tak z dosyć starszej i urodziwej nastolatki wydobył się ten dźwięk.
-A teraz zdejmę taśmę z Twoich ust i dokończę malować uśmiech. Dobrze? Obiecaj, że nie będziesz krzyczeć.- Dziewczyna potulnie kiwnęła potakująco głową.
Szybki ruch ręką i taśma już leżała na podłodze. Dziewczyna zaczęła chaotycznie oddychać.
-Dobra dziewczynka.
Kilka następnych ruchów i uśmiech był już w pełni namalowany.
-Podoba Ci się? Bo mi bardzo.
-7 minut już minęło!- Dobiegł je krzyk zza drzwi łazienki.
-Musimy się pożegnać. Smutne.- Powiedziała to, po czym przybliżyła się do zdenerwowanej dziewczyny, która miała jeszcze zawiązane ręce i pocałowała ją w usta, ścierając jednocześnie jej szminkę z ust.
Kiedy już otwierała drzwi, usłyszała dźwięk, za swoimi plecami.
-Przepraszam...Leno.

środa, 12 grudnia 2012

Krzyk.


-No nie powiem. Wyglądasz całkiem nieźle.- Annabeth przejrzała się w lustrze. Widziała tam umyte rozpuszczone włosy i długą koszulkę, we wzory. Z tyłu można było zobaczyć jej prześwitujące plecy. Krótkie spodenki i zakolanówki, a do tego glano-podobne buty. Górna część ubrania była prezentem od Artura. Chcąc, czy nie chcąc, musiała to ubrać, bo była świadoma tego, że złościł się na nią za to, co zrobiła Lenie.
-Chodźmy już, bo będę rzygać.
-Już dwadzieścia po. Powinniśmy już wyjść.- Nałożył na nią płaszcz i pociągnął do drzwi. Zamknęli szybko drzwi, po czym uderzyło ich mroźne powietrze.
Większość drogi szli w ciszy, nie patrząc nawet na siebie. Oboje zaczynali marznąć do szpiku kości, ale żadne nie dawało tego po sobie poznać. Po dwudziestu minutach marszu, zaczęli słyszeć muzykę. Dzielnica była oddalona od centrum, a wokół było dosyć mało domów, więc zapewne nie był to problemem. Weszli do dużego białego domu oświetlonego lampkami i Annabeth od razu wiedziała, że nie powinno jej tam być. W powietrzu unosił się dym i na kilometr dało się wyczuć alkohol. Artur wyczuwał marihuanę, ale jak na razie milczał jak grób. Głośna muzyka i mnóstwo ludzi. To nie było ani dla niego, ani dla niej.
Annabeth zdjęła płaszcz i rzuciła go gdzieś w przedpokoju. Idzie dalej nie patrząc już na Artura. Przeklina go w duchu za to, że musiała tutaj przyjść. Nic takiego nie zrobiła, a spotkała ją tak surowa kara…
-Chodź. Widzę Kasjana.
-Kategoryczny zakaz miziania się w moim towarzystwie. Nie obchodzi mnie, co będziecie sobie potem wpychać w odbyty. Jasne?
-Oczywiście księżniczko.-Uśmiechnął się ironicznie, a potem spojrzał gdzieś nad głowę Anny i ironiczny uśmiech zamienił się w czuły uśmiech. Nie odwracaj się.
Owy Kasjan, podszedł do nich i nachylił się, żeby pocałować Artura. Chłopak zrobił dziwny unik, bo wiedział, jak An zareagowałaby na to. Wyższy z chłopców odwrócił się i zmierzył Annabeth z góry, do dołu.
-Więc to jest… Ona. Tak?
-Tak. To jest Annabeth. Moja przyjaciółka.-Kasjan chyba chciał wyjąć rękę w jej stronę, ale ten ruch skończy się tylko na delikatnym podniesieniu jej i szybko zdołał zdanie.
-A więc. Wysoki. Czarne krótkie włosy, delikatny zarost. Zwykły t-shirt, zwykłe spodnie, zwykłe buty. Masz delikatnie zakrzywiony nos, lubisz się bić? To dobrze, bo lubie przemoc. Nosisz krótki rękaw, więc nie dajesz sobie w żyłę. Stóp Ci oglądać nie będę. Ogólnie przeciętny, zawsze uważałam, że Artur nie ma gustu. Czy mogę już iść?- Dziewczyna zrobiła minę, jak małe dziecko, które nie może się czegoś doczekać. Stwierdziła, że odbębniła swoje i może zająć się… czymkolwiek.
-Idź. I pamiętaj, żeby przeprosić Lenę.- Odpowiedziała tylko ciche ironiczne „Oczywiście…” i pośpiesznym krokiem odeszła. Słyszała jeszcze, jak Kasjan mówił, jaka to Ona nie jest miluśka. Nie był przystojny. Był przeciętny. Szczerze mówiąc, nie wydawał się nawet ciekawy. Ale prawdopodobnie musiał mieć coś dużego w spodniach, skoro Artur chciał z nim być.
Szła w stronę kuchni, w celu wypicia czegokolwiek i poczekania na Lenę. Nie miała zamiaru jej szukać.
Nie musiała długo czekać. Lena stała obok stołu w kuchni popijając z typowego, papierowego, czerwonego kubeczka piwo. Nie zauważyła Annabeth, więc miała jeszcze moment. Nalała sobie piwo i podeszła powoli do dziewczyny, którą rzekomo miała przeprosić.
-Nie jest mi przykro. Wręcz przeciwnie. Prosiłam, żebyś się odwaliła. Prosiłam. Odbębniłam swoje, czyż nie? „Przeprosiłam”. -To ostatnie, wypowiedziała prawie się śmiejąc. Lena patrzyła gniewnie na dziewczynę stojącą naprzeciwko niej. Jej ręka była tłusta, bo była posmarowana jakąś mazią na oparzenia. Skutki ich ostatniego spotkania zostaną na trochę widoczne…
Lena nie odpowiedziała. Annabeth nic nie dopowiedziała. Cisza.
3…
2…
1…

środa, 5 grudnia 2012

Słodko, gorzkie.


-Ta herbata jest wyjątkowo wyśmienita. Uwielbiam herbatę, w której czuć szczyptę złośliwości.-Annabeth usłyszała dźwięk butów uderzających o schody, a po chwili cisza… Lena prawdopodobnie stanęła i przypatrywała się plecom Anny, ale ta nie zwracała na to najmniejszej uwagi. Po chwili słychać było trzask drzwi i herbata smakowała jeszcze lepiej…
Mokro. Mokro. Mokro.
Pobudka śpiąca królewno. To tylko Twoja ślina, nie martw się. Nie było tutaj nikogo, kto mógłby Cię strawić, skąd wzięłaby się owa wilgoć.
Wibracje. Wibracje. Wibracje.
Nienawiść Anny do tego telefonu była tak ogromna, że miała ochotę rzucić nim o ścianę. Zrobiłaby to, gdyby nie było jej żal tej karty pamięci, którą tak uwielbia i darzy wieloletnią sympatią.
Kartę pamięci. Nawet jej chciało się śmiać, kiedy tak czule się wypowiadała o karcie pamięci. To po prostu chore.
Ah, no tak. Telefon. Kompletnie o nim zapomniała. Sięgnęła ręka po leżącą niej komórkę. Zegarek. Wczesna godzina.
Na ekranie wyświetlił się „niesympatyczny osobnik o skłonnościach homoseksualnych”. Odebrać, czy nie odebrać? O to jest pytanie. Zabrało jej się na filozofowanie. Zaśmiała się sama do siebie i odebrała telefon.
-Mógłbym Ci wynieść pół domu i nawet byś nie zauważyła. Zrobić Ci herbatę?
-Pewnie.- No tak. Kompletnie zapomniała o zamknięciu drzwi po wyjściu Leny. Nie zdziwiłaby się, gdyby ktoś przyszedł, zabił ją, zabrał wszystko, co cenne i wyszedł. Nie miało to zbyt wielkiego znaczenia.
Annabeth powoli wstała z łóżka i obejrzała się w lustrze. Znowu tylko długi stary o jakieś trzy rozmiary za duży sweter. Zimno przeszyło jej skórę i włosy na szyi stanęły jej dęba. Ruszyła szybkim krokiem schodami w dół, aby nie czuć zimna. Rzuciła się do pieca i przekręciła pokrętło, byleby po chwili ciepło miało się rozlać po całym domu. Powoli, bo powoli, ale w końcu…
Usiadła po turecku na niskim stołeczku, który stał tuż obok grzejnika. Artur bez słowa krzątał się po kuchni pichcąc coś, co pachniało pomidorami.
-Czuję to. Nie myśl, że nie czuję. Po prostu powiedz, czego chcesz.
-Jakże Ty mnie dobrze znasz bestio.- Wyłączył ogień pod jednym z garnków i przestawił go na blat. Do miski nałożył minimalną ilość makaronu, po czym polał go sosem. Udekorował zielonymi liśćmi czegoś… czego Annabeth nie potrafiła zidentyfikować.
Za każdym razem, gdy robił jej makaron, oznaczało to, że ma do niej jakąś wielką sprawę, lub coś podobnego.
Nałożył sobie samemu i usiadł przy stole tuż obok niej.
-Mam chłopaka.
-Nie jest narkomanem z drugiego końca świata?
-Nie… Tym razem, nie…- Annabeth uśmiechnęła się na myśl o tym, kiedy rok temu Artur mało co nie chciał popełnić samobójstwa, bo jakiś chłopak mało się nie przekręcił przez narkotyki. Pamiętała dokładnie, kiedy weszła do jego pokoju, a on leżał z wódką w ręce, a dookoła rozsypane były tabletki. Powiedziała tylko „ Jesteś żałosny”  i to chyba ich tak zbliżyło. Oczywiście Artur wyszedł z tego, nikt nie dowiedział się o jego małej próbie, nawet rodzice. Jego dziadek stwierdził, że jego córka jest zbyt głupia, aby słuchać czegoś takiego. I tak by w końcu nie zrozumiała.
Annabeth uśmiechnęła się na myśl tego, że jej prawieżeprzyjaciel, będzie miał kogoś, z kim będzie mógł się dzielić trudnościami. Nie, żeby ją to bardzo interesowało, ale po prostu cieszyła się, że nie będzie musiała z nim siedzieć całe dnie i niańczyć jak to zwykle bywało.
-Znam go? Albo poznam go?
-Nie znasz. Ale poznasz. Idziemy dziś na imprezę, a Ty idziesz z nami. Znaczy… spotkamy się tam z nim. Tak?
-Nie. Nie podoba mi się ten pomysł. Nienawidzę imprez.- W tym momencie wesoła mina zeszła z twarzy Artura. Wstał od stołu i podszedł do leżącej na jednym z foteli swojej kurtki. Wyjął paczkę papierosów i zapałki. Znowu usiadł obok An i odpalił papierosa. Po chwili wyjął go z ust i gwałtownym ruchem zniżył do poziomu jej dłoni. Mimo wszystko zatrzymał się tuż obok , żeby nie zrobić jej krzywdy.
-Mam w nosie, co Ci się podoba. Wypadałoby przeprosić Lenę.
-A co? Przyszła do Ciebie na skargę?- Annabeth potrącając stół wstała i wrzuciła miskę do zlewu. Po chwili wyjęła go i wyrzuciła zawartość do śmietnika. Prawie w ogóle nie ruszyła tego, co w nim była. Nie miała apetytu, nawet na swoją ulubioną potrawę.
-Kochanie, nie musiała. Minąłem się z nią. Trzymała się za rękę. Świeżo przypaloną. Za co jej to zrobiłaś, rzuciła się na Ciebie z nożem, czy jak? Zrozum, że ona tylko szuka jakiejś ugody. Chce się zaprzyjaźnić. Ona nie chce z Tobą wojny. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak jej nie lubisz. Będę po Ciebie o 20. Ubierz się. Ładnie.- W tym momencie rzucił jej reklamówkę z czymś. Prawdopodobnie czymś, co miałaby założyć. Naiwny.
3…
2…
1…

poniedziałek, 3 grudnia 2012

To tylko dym.


Dzwonek do drzwi.
Okropny, świdrujący dźwięk, który wprawiał człowieka w szewską pasję.
Annabeth mruknęła tylko cos pod nosem i postanowiła się ubrać. Nałożyła szybko na siebie bieliznę i kolejną już z kolei starą koszulkę.
Znowu dźwięk dzwonka. Znowu szewska pasja.
-No przecież idę! – Zimna podłoga. Zimne stopy. Zimno… Otwierają się drzwi. Jeszcze zimniej.
-Nie myślałam, że Artur mówił poważnie. Wejdź. Zdejmij buty. Idź na górę.- Nie czekając ani chwili dłużej na przybysza, Annabeth ruszyła schodami do swojego pokoju. Usiadła na środku łóżka po turecku i odpaliła papierosa. Powinna otworzyć okno, żeby tutaj wywietrzyć, ale, po co? Matki nie było. A na dworze temperatura zbyt niska.
-Jesteś naprawdę gościnna.- Anna nie odpowiedziała na kąśliwą uwagę przybysza. Bo po co? Po co nadwerężać własne gardło? Może się jeszcze przydać do czegoś innego. Na przykład do urodzenia dziecka. Chociaż… to chyba nie w tę stronę.
-Dasz mi papierosa?- Nie zdążyła dokończyć zdania, kiedy paczka z zapalniczką w środku leciała już w jej kierunku. Wyjęła zgniecionego i prawie złamanego papierosa, obejrzała go, po czym powoli go odpaliła. Siedziały tak dłuższą chwilę. Lena na starym i brudnym fotelu, który w niektórych miejscach miał ślady po papierosach, Anna zaś siedziała nadal na środku swojego łóżka, patrząc prosto w oczy towarzyszki.
-Palisz zdecydowanie za dużo.- Lena podczas wypowiadania tych słów uśmiechnęła się delikatnie, jakby specjalnie po to , żeby zdenerwować Annabeth.
-I co w związku z tym?
-Możesz dostać raka.- W tym momencie się zaśmiała i mocno zaciągnęła się papierosem.
-Wyczuwam w powietrzu hipokryzje…- An teatralnie pociągnęła mocno nosem i popatrzyła zgryźliwie na dziewczynę. Ta zaś założyła nogę na nogę i zerknęła na Annę spod byka.
-Czemu zgrywasz taką twardą?
-Po co tu przyszłaś? Żeby mnie wyprowadzić z równowagi?- Annabeth powoli wstała z łóżka, a Lena prychnęła cicho. Kosmyk jej długich blond włosów zakrył jedno z jej zielonych oczu. Brunetka stanęła za fotelem i objęła go ramionami. W jednej z rąk miała papierosa, którego przytknęła do dłoni blondynki.
-Jesteś naprawdę irytująca.- An wyszeptała jej te słowa do ucha i uśmiechnęła się zgryźliwie jakby do siebie słysząc cichy pisk towarzyszki.
-Idę do kuchni. Kiedy wrócę za pięć minut, to ma Cię tutaj nie być.- Wychodząc zauważyła jeszcze, że Lenie trzęsła się dłoń przypalona papierosem.
3…
2…
1…