wtorek, 25 grudnia 2012

Nigdy?

3...
2...
1...
Dryń.
Dzwonek do drzwi.
Annabeth nienawidzi tego dźwięku. Jest irytujący prawie tak samo, jak gwizdek przy czajniku.
Artur siedzi naprzeciw niej i zerka pytająco, kiedy ona stara się jakkolwiek zjeść późny obiad.
Angie stoi przed lustrem i ogląda się w swojej białej sukieneczce. Jej mama za to, właśnie pakuje jej ubrania.
Artur wstaje bez słowa od stołu i idzie otworzyć drzwi. 
Anna słyszy jakieś ciche głosy w przedpokoju. Dwa męskie głosy. Po chwili do przedpokoju wchodzi Artur, a tuż za nim 38-letni przystojny mężczyzna. Na jego idealnie przyciętych włosach nie widać ani jednego siwego włoska, a na idealnie białej koszuli ani jednego zagięcia. Na jego nieskazitelnie białych zębach nie widać ani jednej krzywizny, żółci, żadnego dentystycznego błędu.
I za to go nienawidziła.
-Witaj Annabeth. Ślicznie wyglądasz! Ale cóż to, wydaje mi się czy schudłaś?- Patrzy jakby z troską w oczach, ale jego córka dobrze wie, że za ty pierwszym zgubnym wrażeniem kryje się czysty fałsz.
-Twój portfel mógłby schudnąć. Nie sądzisz?- Ojciec zerka na nią i zaczyna się cicho śmiać. Nie może śmiać się głośno, bo to nie przystoi. 
-Tata!- Mała dziewczynka biegnie w stronę wysokiego mężczyzny, a ten szybko bierze ją na ręce i przytula mocno do siebie. Artur, który usiadł już na przeciwko Anny, robi minę, jakby miał zaraz zwymiotować, a po chwili śmieje się bezgłośnie. 
-Leć do mamy. Powiedz, że już jestem.-Angie z rumieńcami na policzkach, uśmiechnięta od ucha do ucha biegnie szybko na piętro. 
-Widzę, że nadal się... przyjaźnicie?- Kiedy jeszcze Annabeth utrzymywała jakiekolwiek kontakty z ojcem, to mówiła mu o Arturze. Było to dawno temu. Kiedyś, kiedy wpadł po Angie, dowiedział się, że Artur jest gejem. Oczywiście nie uwierzył w to, bo pomyślał, że to tylko bajeczka, żeby bez przeszkód spotykać się z jego córką. Ale nie obchodziło go to zbytnio. Tak jak jego córki nie obchodziło jego zdanie.
-Witaj Wiktorze. Umawialiśmy się dopiero na...
-Teraz. Jest punkt szesnasta. Angie jest gotowa?-Odpowiedziało mu zakłopotane skinienie głowy. Po chwili matka Annabeth przytulała się już do młodszej córki, która jak najszybciej chciała się wyrwać z uścisków matki i pojechać do ojca. Mała Angie została zapewniona, że będzie odwiedzana co tydzień. 
Przynajmniej nie będe miała matki na głowie...
Ojciec Ann podszedł do stołu, przy którym siedziała z Arturem, położył dwa banknoty dwustuzłotowe i skinął tylko głową do Artura. 
-Papa Annie!- Mała dziewczynka uśmiechnęła się do starszej siostry. Nie były specjalnie zżyte, ale to nie zmieniło faktu, że bardzo kochała Annabeth. 
Kiedy matka dziewcząt stanęła przed zamkniętymi już drzwiami, za którymi dopiero co zniknęła jej młodsza córka, była bliska płaczu.
-Niedługo przyjdzie Eliza, więc pójdźcie na górę.- Artur wstał od stołu i pociągnął za rękę Annabeth. Nie chciał widzieć, jak czterdziestoletnia kobieta płacze. To żenujące.
Gdy siedzieli już w pokoju Annabeth, zapadła krępująca cisza. Cisza, nie do zniesienia.
-Więc... może powiedz mi, co się wcz...
-Nie. Nie chcę nic słyszeć o tamtym wieczorze. Nigdy. Nigdy o nim nie wspominaj.

Czerwień.

Płacz. Płacz. Płacz. Płacz.
Czuła słone łzy, jakby to po jej policzkach leciały.
Żałosne. Prymitywne. Głupie.
Jakie to słabe-płakać.
Annabeth przewróciła się na drugi bok. Na fotelu niedaleko jej łóżka siedziała jej zapłakana matka.
Co znowu?
-Kiedy wróciłaś?
-Nie śpisz?- kobieta podskoczyła na swoim fotelu zdezorientowana nagłą pobudką córki. Mimo, że dziewczyna nie spała od dobrej godziny, to ... była to 'nagła' pobudka.
- Kilka godzin temu. Widziałam się z Twoim ojcem.- Anna na tę wieść podniosła się z łóżka i usiadła po turecku. Rozbudziło ją to, bo w tym domu rzadko się o nim słyszy. Zostawił matkę An, kilka lat temu, dla jakiejś dwudziestoletniej wymalowanej lalki.
-Chce wziąć do siebie Angie, na jakiś czas... może nawet na pół roku. Powiedział, że jeżeli nie dogadam się z nim, to pójdzie z tym do sądu...- Kobieta podniosła wreszcie zwrok ze swoich dłoni i przeniosła go na starszą córkę. Jej oczy prosiły o poradę. O pomoc. O cokolwiek. Chciały, aby córka jej pomogła. Żeby coś powiedziała. Cokolwiek.
-Oddaj  mu ją. Jeden problem z głowy.-Annabeth uśmiechnęła się cynicznie, po czym wstała z łózka i skierowała się w stronę drzwi.
-Więc uważasz, że jesteście dla mnie problemem?! Jak w ogóle...- reszty nie dosłyszała. Krzyk matki zostawiła za zamkniętymi drzwiami. Wyszła na korytarz, wzięła kilka głębszych wdechów i zamknęła się w łazience.
Podeszła do lustra i chyba pierwszy raz od bardzo dawna zareagowała aż tak gwałtownie na to, co zobaczyła w odbiciu. Odsunęła się o krok,  po czym ze zdziwieniem przekrzywiła głowę i zaczęła się sobie przyglądać jeszcze bardziej.
Więc to nie był sen?...
Ze zdziwieniem przejechała po swoim policzku.
Na jej palcu została czerwona szminka.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Bez sensu, co ? Chyba tak. A mi się tak przynajmniej wydaje.
Za 5 minut zapewne zacznę pisać następny rozdział, bo mam parę pomysłów i boję się, że wypadną mi z głowy...
Nieważne.

sobota, 22 grudnia 2012

Uśmiechnij się.

Ten wpis jest jakiś dziwny.
***
-Po prostu się uśmiechnij. O tak, pięknie, ładnie.- Wypowiedziała te słowa bardzo pięknie i z uśmiechem na ustach patrząc jak na twarzy drugiej maluje się uśmiech. Dosłownie.
-Przestań się szamotać, nic Ci to nie da. Mam dla Ciebie jeszcze... 4 minuty.- Powiedział w ciemnościach ten sam głos i nadal malował szminką uśmiech na twarzy drugiej dziewczyny. Jej ręce były związane paskiem od szlafroka, który był w łazience. Zostały tutaj zamknięte, podczas głupiej gry. Siedem minut w niebie.
Jedna z dziewczyn na opak nie patrząc gdzie rysuje, mazała drugiej po twarzy.
-Uwielbiam Batmana, wiesz? -Odpowiedziało jej wierzganie i bulgotanie zza zaklejonych znalezioną taśmą ust. To była dosyć dziwna scena i ktoś z zewnątrz mógłby stwierdzić, że była dosyć perwersyjna.
-Najbardziej lubię Jokera. I ten jego uśmiech. -Znowu wierzganie, znowu bulgotanie, znowu jakiś marny krzyk. Sądziła, że stać ją na więcej. Sądziła, że jest silniejsza.
Myliła się.
-Słonko, nie podoba Ci się tu?- Uśmiechnęła się do siedzącej na muszli klozetowej dziewczyny i do swojego dzieła. Przez dolny otwór w drzwiach wlatywała odrobina światła, dzięki czemu mogła troszkę przypatrzeć się swojemu dziełu.
Faktycznie, przypominała trochę damską wersję Jokera, z trochę bardziej rozmazaną czerwoną szminką na twarzy...
Mimo wszystko, urokliwe.
-Wiesz... przez chwilę sądziłam, że może być lepiej. Dlaczego nie może?-Dźwięk przypominający... przypominający "łabababa" zagościł w łazience i był wręcz zabawny. Zabawny. Jak coś takiego nie może być zabawne? Jak bulgotanie z ust małego dziecka, tak z dosyć starszej i urodziwej nastolatki wydobył się ten dźwięk.
-A teraz zdejmę taśmę z Twoich ust i dokończę malować uśmiech. Dobrze? Obiecaj, że nie będziesz krzyczeć.- Dziewczyna potulnie kiwnęła potakująco głową.
Szybki ruch ręką i taśma już leżała na podłodze. Dziewczyna zaczęła chaotycznie oddychać.
-Dobra dziewczynka.
Kilka następnych ruchów i uśmiech był już w pełni namalowany.
-Podoba Ci się? Bo mi bardzo.
-7 minut już minęło!- Dobiegł je krzyk zza drzwi łazienki.
-Musimy się pożegnać. Smutne.- Powiedziała to, po czym przybliżyła się do zdenerwowanej dziewczyny, która miała jeszcze zawiązane ręce i pocałowała ją w usta, ścierając jednocześnie jej szminkę z ust.
Kiedy już otwierała drzwi, usłyszała dźwięk, za swoimi plecami.
-Przepraszam...Leno.

środa, 12 grudnia 2012

Krzyk.


-No nie powiem. Wyglądasz całkiem nieźle.- Annabeth przejrzała się w lustrze. Widziała tam umyte rozpuszczone włosy i długą koszulkę, we wzory. Z tyłu można było zobaczyć jej prześwitujące plecy. Krótkie spodenki i zakolanówki, a do tego glano-podobne buty. Górna część ubrania była prezentem od Artura. Chcąc, czy nie chcąc, musiała to ubrać, bo była świadoma tego, że złościł się na nią za to, co zrobiła Lenie.
-Chodźmy już, bo będę rzygać.
-Już dwadzieścia po. Powinniśmy już wyjść.- Nałożył na nią płaszcz i pociągnął do drzwi. Zamknęli szybko drzwi, po czym uderzyło ich mroźne powietrze.
Większość drogi szli w ciszy, nie patrząc nawet na siebie. Oboje zaczynali marznąć do szpiku kości, ale żadne nie dawało tego po sobie poznać. Po dwudziestu minutach marszu, zaczęli słyszeć muzykę. Dzielnica była oddalona od centrum, a wokół było dosyć mało domów, więc zapewne nie był to problemem. Weszli do dużego białego domu oświetlonego lampkami i Annabeth od razu wiedziała, że nie powinno jej tam być. W powietrzu unosił się dym i na kilometr dało się wyczuć alkohol. Artur wyczuwał marihuanę, ale jak na razie milczał jak grób. Głośna muzyka i mnóstwo ludzi. To nie było ani dla niego, ani dla niej.
Annabeth zdjęła płaszcz i rzuciła go gdzieś w przedpokoju. Idzie dalej nie patrząc już na Artura. Przeklina go w duchu za to, że musiała tutaj przyjść. Nic takiego nie zrobiła, a spotkała ją tak surowa kara…
-Chodź. Widzę Kasjana.
-Kategoryczny zakaz miziania się w moim towarzystwie. Nie obchodzi mnie, co będziecie sobie potem wpychać w odbyty. Jasne?
-Oczywiście księżniczko.-Uśmiechnął się ironicznie, a potem spojrzał gdzieś nad głowę Anny i ironiczny uśmiech zamienił się w czuły uśmiech. Nie odwracaj się.
Owy Kasjan, podszedł do nich i nachylił się, żeby pocałować Artura. Chłopak zrobił dziwny unik, bo wiedział, jak An zareagowałaby na to. Wyższy z chłopców odwrócił się i zmierzył Annabeth z góry, do dołu.
-Więc to jest… Ona. Tak?
-Tak. To jest Annabeth. Moja przyjaciółka.-Kasjan chyba chciał wyjąć rękę w jej stronę, ale ten ruch skończy się tylko na delikatnym podniesieniu jej i szybko zdołał zdanie.
-A więc. Wysoki. Czarne krótkie włosy, delikatny zarost. Zwykły t-shirt, zwykłe spodnie, zwykłe buty. Masz delikatnie zakrzywiony nos, lubisz się bić? To dobrze, bo lubie przemoc. Nosisz krótki rękaw, więc nie dajesz sobie w żyłę. Stóp Ci oglądać nie będę. Ogólnie przeciętny, zawsze uważałam, że Artur nie ma gustu. Czy mogę już iść?- Dziewczyna zrobiła minę, jak małe dziecko, które nie może się czegoś doczekać. Stwierdziła, że odbębniła swoje i może zająć się… czymkolwiek.
-Idź. I pamiętaj, żeby przeprosić Lenę.- Odpowiedziała tylko ciche ironiczne „Oczywiście…” i pośpiesznym krokiem odeszła. Słyszała jeszcze, jak Kasjan mówił, jaka to Ona nie jest miluśka. Nie był przystojny. Był przeciętny. Szczerze mówiąc, nie wydawał się nawet ciekawy. Ale prawdopodobnie musiał mieć coś dużego w spodniach, skoro Artur chciał z nim być.
Szła w stronę kuchni, w celu wypicia czegokolwiek i poczekania na Lenę. Nie miała zamiaru jej szukać.
Nie musiała długo czekać. Lena stała obok stołu w kuchni popijając z typowego, papierowego, czerwonego kubeczka piwo. Nie zauważyła Annabeth, więc miała jeszcze moment. Nalała sobie piwo i podeszła powoli do dziewczyny, którą rzekomo miała przeprosić.
-Nie jest mi przykro. Wręcz przeciwnie. Prosiłam, żebyś się odwaliła. Prosiłam. Odbębniłam swoje, czyż nie? „Przeprosiłam”. -To ostatnie, wypowiedziała prawie się śmiejąc. Lena patrzyła gniewnie na dziewczynę stojącą naprzeciwko niej. Jej ręka była tłusta, bo była posmarowana jakąś mazią na oparzenia. Skutki ich ostatniego spotkania zostaną na trochę widoczne…
Lena nie odpowiedziała. Annabeth nic nie dopowiedziała. Cisza.
3…
2…
1…

środa, 5 grudnia 2012

Słodko, gorzkie.


-Ta herbata jest wyjątkowo wyśmienita. Uwielbiam herbatę, w której czuć szczyptę złośliwości.-Annabeth usłyszała dźwięk butów uderzających o schody, a po chwili cisza… Lena prawdopodobnie stanęła i przypatrywała się plecom Anny, ale ta nie zwracała na to najmniejszej uwagi. Po chwili słychać było trzask drzwi i herbata smakowała jeszcze lepiej…
Mokro. Mokro. Mokro.
Pobudka śpiąca królewno. To tylko Twoja ślina, nie martw się. Nie było tutaj nikogo, kto mógłby Cię strawić, skąd wzięłaby się owa wilgoć.
Wibracje. Wibracje. Wibracje.
Nienawiść Anny do tego telefonu była tak ogromna, że miała ochotę rzucić nim o ścianę. Zrobiłaby to, gdyby nie było jej żal tej karty pamięci, którą tak uwielbia i darzy wieloletnią sympatią.
Kartę pamięci. Nawet jej chciało się śmiać, kiedy tak czule się wypowiadała o karcie pamięci. To po prostu chore.
Ah, no tak. Telefon. Kompletnie o nim zapomniała. Sięgnęła ręka po leżącą niej komórkę. Zegarek. Wczesna godzina.
Na ekranie wyświetlił się „niesympatyczny osobnik o skłonnościach homoseksualnych”. Odebrać, czy nie odebrać? O to jest pytanie. Zabrało jej się na filozofowanie. Zaśmiała się sama do siebie i odebrała telefon.
-Mógłbym Ci wynieść pół domu i nawet byś nie zauważyła. Zrobić Ci herbatę?
-Pewnie.- No tak. Kompletnie zapomniała o zamknięciu drzwi po wyjściu Leny. Nie zdziwiłaby się, gdyby ktoś przyszedł, zabił ją, zabrał wszystko, co cenne i wyszedł. Nie miało to zbyt wielkiego znaczenia.
Annabeth powoli wstała z łóżka i obejrzała się w lustrze. Znowu tylko długi stary o jakieś trzy rozmiary za duży sweter. Zimno przeszyło jej skórę i włosy na szyi stanęły jej dęba. Ruszyła szybkim krokiem schodami w dół, aby nie czuć zimna. Rzuciła się do pieca i przekręciła pokrętło, byleby po chwili ciepło miało się rozlać po całym domu. Powoli, bo powoli, ale w końcu…
Usiadła po turecku na niskim stołeczku, który stał tuż obok grzejnika. Artur bez słowa krzątał się po kuchni pichcąc coś, co pachniało pomidorami.
-Czuję to. Nie myśl, że nie czuję. Po prostu powiedz, czego chcesz.
-Jakże Ty mnie dobrze znasz bestio.- Wyłączył ogień pod jednym z garnków i przestawił go na blat. Do miski nałożył minimalną ilość makaronu, po czym polał go sosem. Udekorował zielonymi liśćmi czegoś… czego Annabeth nie potrafiła zidentyfikować.
Za każdym razem, gdy robił jej makaron, oznaczało to, że ma do niej jakąś wielką sprawę, lub coś podobnego.
Nałożył sobie samemu i usiadł przy stole tuż obok niej.
-Mam chłopaka.
-Nie jest narkomanem z drugiego końca świata?
-Nie… Tym razem, nie…- Annabeth uśmiechnęła się na myśl o tym, kiedy rok temu Artur mało co nie chciał popełnić samobójstwa, bo jakiś chłopak mało się nie przekręcił przez narkotyki. Pamiętała dokładnie, kiedy weszła do jego pokoju, a on leżał z wódką w ręce, a dookoła rozsypane były tabletki. Powiedziała tylko „ Jesteś żałosny”  i to chyba ich tak zbliżyło. Oczywiście Artur wyszedł z tego, nikt nie dowiedział się o jego małej próbie, nawet rodzice. Jego dziadek stwierdził, że jego córka jest zbyt głupia, aby słuchać czegoś takiego. I tak by w końcu nie zrozumiała.
Annabeth uśmiechnęła się na myśl tego, że jej prawieżeprzyjaciel, będzie miał kogoś, z kim będzie mógł się dzielić trudnościami. Nie, żeby ją to bardzo interesowało, ale po prostu cieszyła się, że nie będzie musiała z nim siedzieć całe dnie i niańczyć jak to zwykle bywało.
-Znam go? Albo poznam go?
-Nie znasz. Ale poznasz. Idziemy dziś na imprezę, a Ty idziesz z nami. Znaczy… spotkamy się tam z nim. Tak?
-Nie. Nie podoba mi się ten pomysł. Nienawidzę imprez.- W tym momencie wesoła mina zeszła z twarzy Artura. Wstał od stołu i podszedł do leżącej na jednym z foteli swojej kurtki. Wyjął paczkę papierosów i zapałki. Znowu usiadł obok An i odpalił papierosa. Po chwili wyjął go z ust i gwałtownym ruchem zniżył do poziomu jej dłoni. Mimo wszystko zatrzymał się tuż obok , żeby nie zrobić jej krzywdy.
-Mam w nosie, co Ci się podoba. Wypadałoby przeprosić Lenę.
-A co? Przyszła do Ciebie na skargę?- Annabeth potrącając stół wstała i wrzuciła miskę do zlewu. Po chwili wyjęła go i wyrzuciła zawartość do śmietnika. Prawie w ogóle nie ruszyła tego, co w nim była. Nie miała apetytu, nawet na swoją ulubioną potrawę.
-Kochanie, nie musiała. Minąłem się z nią. Trzymała się za rękę. Świeżo przypaloną. Za co jej to zrobiłaś, rzuciła się na Ciebie z nożem, czy jak? Zrozum, że ona tylko szuka jakiejś ugody. Chce się zaprzyjaźnić. Ona nie chce z Tobą wojny. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak jej nie lubisz. Będę po Ciebie o 20. Ubierz się. Ładnie.- W tym momencie rzucił jej reklamówkę z czymś. Prawdopodobnie czymś, co miałaby założyć. Naiwny.
3…
2…
1…

poniedziałek, 3 grudnia 2012

To tylko dym.


Dzwonek do drzwi.
Okropny, świdrujący dźwięk, który wprawiał człowieka w szewską pasję.
Annabeth mruknęła tylko cos pod nosem i postanowiła się ubrać. Nałożyła szybko na siebie bieliznę i kolejną już z kolei starą koszulkę.
Znowu dźwięk dzwonka. Znowu szewska pasja.
-No przecież idę! – Zimna podłoga. Zimne stopy. Zimno… Otwierają się drzwi. Jeszcze zimniej.
-Nie myślałam, że Artur mówił poważnie. Wejdź. Zdejmij buty. Idź na górę.- Nie czekając ani chwili dłużej na przybysza, Annabeth ruszyła schodami do swojego pokoju. Usiadła na środku łóżka po turecku i odpaliła papierosa. Powinna otworzyć okno, żeby tutaj wywietrzyć, ale, po co? Matki nie było. A na dworze temperatura zbyt niska.
-Jesteś naprawdę gościnna.- Anna nie odpowiedziała na kąśliwą uwagę przybysza. Bo po co? Po co nadwerężać własne gardło? Może się jeszcze przydać do czegoś innego. Na przykład do urodzenia dziecka. Chociaż… to chyba nie w tę stronę.
-Dasz mi papierosa?- Nie zdążyła dokończyć zdania, kiedy paczka z zapalniczką w środku leciała już w jej kierunku. Wyjęła zgniecionego i prawie złamanego papierosa, obejrzała go, po czym powoli go odpaliła. Siedziały tak dłuższą chwilę. Lena na starym i brudnym fotelu, który w niektórych miejscach miał ślady po papierosach, Anna zaś siedziała nadal na środku swojego łóżka, patrząc prosto w oczy towarzyszki.
-Palisz zdecydowanie za dużo.- Lena podczas wypowiadania tych słów uśmiechnęła się delikatnie, jakby specjalnie po to , żeby zdenerwować Annabeth.
-I co w związku z tym?
-Możesz dostać raka.- W tym momencie się zaśmiała i mocno zaciągnęła się papierosem.
-Wyczuwam w powietrzu hipokryzje…- An teatralnie pociągnęła mocno nosem i popatrzyła zgryźliwie na dziewczynę. Ta zaś założyła nogę na nogę i zerknęła na Annę spod byka.
-Czemu zgrywasz taką twardą?
-Po co tu przyszłaś? Żeby mnie wyprowadzić z równowagi?- Annabeth powoli wstała z łóżka, a Lena prychnęła cicho. Kosmyk jej długich blond włosów zakrył jedno z jej zielonych oczu. Brunetka stanęła za fotelem i objęła go ramionami. W jednej z rąk miała papierosa, którego przytknęła do dłoni blondynki.
-Jesteś naprawdę irytująca.- An wyszeptała jej te słowa do ucha i uśmiechnęła się zgryźliwie jakby do siebie słysząc cichy pisk towarzyszki.
-Idę do kuchni. Kiedy wrócę za pięć minut, to ma Cię tutaj nie być.- Wychodząc zauważyła jeszcze, że Lenie trzęsła się dłoń przypalona papierosem.
3…
2…
1…

czwartek, 29 listopada 2012

Brud, smród.


Anna, odrobiłaś lekcje?
-Oczywiście, że nie.
-Tak, to dobrze.- Matka nie słuchała jej. Jak z resztą zwykle. Była bardziej zajęta swoją młodszą córką, niż ta starszą. Bo jakie ona miała znaczenie? Praktycznie żadne i obie niestety o tym wiedziały.
Annabeth ruszyła schodami do swojego pokoju. Po wejściu do niego, momentalnie zamknęła drzwi na klucz i rzuciła się na łóżko. Nie. Musi się przebrać.
Staje naprzeciw wielkiego lustra, które odbija jej mimo wszystko piękne odbicie. Mokre umyte włosy moczą jej koszulkę i sprawiają, że marznie  Zdejmuje z siebie wszystkie ubrania. Łącznie z bielizną. Przez chwilę ogląda swoje idealne ciało w lustrze, po czym wsuwa się pod ciepłą kołderkę. Patrzy na śmieszny budzik, stojący na półce.
3…
2…
1…
                                                                       ***
Zimno, mroźno, źle.
Dlaczego jest zimno, skoro leży w łóżku?...
-Ty chory durniu, zamknij to!- Anna właśnie miała się poderwać z łózka i zamknąć otwarte przez „przyjaciela” okno, aczkolwiek zdała sobie sprawę, że jest naga.
Artur zaśmiał się pod nosem i zgasił papierosa o parapet, po czym zamknął okno, przez które wpadało do pomieszczenia bardzo zimne powietrze. Annabeth jeszcze dłuższą chwilę siedziała w łóżku, dopóki nie nagrzało się wystarczająco w pokoju.
Potem bez zbędnego skrępowania wstała, wyjęła z szafy bieliźnie i nałożyła ją na siebie. Artur prawie w ogóle nie zwrócił na nią uwagi, ponieważ jej ciało nie było dla niego niczym nowym, a także niczym nadzwyczajnym.
-Kiedy na mnie nie patrzysz, czuje się po prostu nieatrakcyjna.
-Brak Ci czegoś pomiędzy nogami, więc dla mnie jesteś nieatrakcyjna. Tak czy siak, co w Tobie może być ładnego?- w tym momencie Artur wstał i podszedł do niej, stojącej w samej bieliźnie, na środku pokoju- Masz twarz dziecka. Masz piękne duże oczy. Urocze pełne i czerwone usta. Jesteś za to blada. To przez brak witamin i tego całego gówna, które jest w jedzeniu, którego nie jesz. A widać to na Twoim obrzydliwie chudym ciele. Powinnaś więcej jeść.- Popatrzył na nią z pogardą, mierząc ja od góry do dołu i usiadł na swoim wcześniejszym miejscu. Cichy dźwięk jakiejś rockowej piosenki dochodzi z jego kurtki. Wyjmuje biały nie pasujący do niego telefon i  nieśpiesznie odbiera. Przez dłuższą chwilę nie mówi nic, tylko pod sam koniec wydusza z siebie coś co miało być przytaknięciem.
-Matka chce mnie w domu. Przyszedłem Cię tylko obudzić, żebyś nie zmarnowała całego dnia.- Rzuca jej jeszcze na łóżko paczkę ciastek w czekoladzie, w nadziei, że je zje. Robi tak za każdym razem, kiedy jest u niej. Chce, żeby jadła. Chce, żeby utyła. Ona też by chciała, ale nie potrafi. Kiedy zje za dużo, wymiotuje. Kiedy zje za mało, cieszy się jak małe dziecko z nowej zabawki, którą rodzice kupili na urodziny.
Bo jej ciało, to prezent.
Słychać coś jakby pukanie w okno. Małe kamyczki. Annabeth nieśpiesznie podchodzi do okna i powoli je otwiera. Artur przygląda się jej z dołu, jakby się zastanawiał czy nie rzucić w nią kamyczkiem, który trzyma w ręce.
-Zapomniałem Ci powiedzieć, że Lena dzisiaj do Ciebie wpadnie.
-Że co proszę?...
-Powiedziałem jej, że nie masz nic lepszego do roboty. Co to za różnica? Nie ma dziewczyna co robić, nie zna nikogo. Mogłabyś chociaż raz na ruski rok być miła, Ty pierdoło.- W tym momencie Artur zdecydował ,co zrobić z kamieniem i po chwili Anna poczuła okropny ból i pulsowanie w okolicach policzka.
-Ty jeb...- Nie zdążyła dokończyć, bo po chwili usłyszała krzyk swojej matki. Jak na złość, wołała właśnie ją.
An niespiesznie narzuciła na siebie długą, starą i pomazaną koszulkę, po czym zaczęła schodzić na dół. Jej matka własnie siłowała się z kolczykami przed lustrem.
-Wychodzę. Mam spotkanie. Angie jest u Marty, jutro ją odbiorę.
-To miała być aluzja do „ wychodzę, będę balować, wrócę jutro, Ew. pojutrze, postaraj się nic nie zniszczyć?”.
-Tak. To było coś w tym stylu. Co Ci się stało w twarz? Nieważne.- Rodzicielka uśmiechnęła się trochę jakby na przekór własnym myślom, szybko wzięła torebkę, w biegu wysłała buziaka córce i pognała ku drzwiom. Po tym, jak Anna usłyszała głośny trzask, stała jeszcze dłuższą chwilę w kuchni, niepewna co powinna ze sobą zrobić. Przeszła się do przedpokoju, w którym stało lustro. Kilka minut, które ciągnęły się w nieskończoność, przeglądała się w nim, patrząc na rankę, która powstała na jej policzku. Powąchała swoją koszulkę i było pewne, że nie była prana od… dawna.
Czas na porządki.
3…
2…
1…

środa, 31 października 2012

Śmiech klauna.


-Ta nowa. Jest dziwna, nie sądzisz?- Siedząc na trzech kocach, które miały ich ochronić od zamrożonego pomostu, popalali papierosy.
-Mógłbyś nauczyć się palić zwykłe. Jak facet. A nie mentole, jak baba.
-Nowa lubi mentole. Poprosiła mnie o jednego.
-Nowa lubi też zwykłe. Poprosiła mnie o jednego.- Artur delikatnie uśmiecha się pod nosem. Lubił się uśmiechać i całkiem nieźle mu to szło, aczkolwiek nie miał do kogo posyłać te uśmiechy. Włosy o niezidentyfikowanym kolorze opadały mu na czoło, a on wpatrywał się w zamarznięte jak każdej z resztą zimy jezioro.
-Nie lubisz jej.
-Oczywiście, że jej nie lubię. Ja nikogo nie lubię.- Annabeth odpalała właśnie już czwartego dzisiejszego dnia papierosa. Artur znowu się uśmiechnął. Miał od pewnego czasu wyjątkowo dobry humor i łatwo było wyczuć w tym podstęp. An zapewne powinna zacząć węszyć, aczkolwiek nie była tego typu przyjaciółką. Jeśli przyjaciółką w ogóle można było ją nazwać. Nienawidzili się, tolerowali się, rozumieli się. Jako jedyni. Co mogliby więc bez siebie począć? Nic.
Dzwoni telefon. Okropna smętna piosenka. Annabeth jej nie znosi, a on ustawił ją specjalnie po to, żeby ją podenerwować. Artur odbiera, rozmawia z kimś przez chwilę używając głownie słów „tak” lub „nie”.
-Umyj dzisiaj włosy, Ty brudna jędzo. Śmierdzisz.- Obdarzając ją ponownie wzrokiem pogardy, wstał z pomostu i powoli zaczął się oddalać.

Żar z szóstego już papierosa spadł jej na rękę. Nie zmienił się jej wyraz twarzy. Kompletnie nic. Nawet nie drgnęła. Po dłuższej chwili, kiedy żar zaczął się już wygaszać na dłoni, zrzuciła go. Po chwili poczuła na swojej ręce śnieg, który dał nieprzyjemne dla Annabeth uczucie ulgi.
Dziewczyna, która usiadła obok niej, wyjęła z leżącego obok opakowania papierosa i odpaliła go, przez chwilę zawieszając wzrok na gołej kobiecie z zapalniczki.
An siedziała przez jakąś minutę ze śniegiem na ręce, a potem go po prostu strzepnęła, jak przed chwilą żar.
-Zostanie Ci blizna.-Anna nie odezwała się. Milczała. Nie lubiła zbędnych słów, wypowiedzianych przez zbędnych ludzi. Po co męczyć gardła? To przecież niepotrzebne. Można by było ich po prostu wszystkich zamknąć w jednym państwie i nie przeszkadzaliby zwykłym, przykładnym obywatelom, swoją zbędnością.
-Inteligentna jesteś. Ale irytująca jak cholera.
-Zamieniłaś ze mną zaledwie kilka słów. Dokładnie to… wymówiłaś ich do mnie siedem. Możliwe, że osiem… Nie jestem pewna. Potrafisz tak szybko ocenić człowieka?
-Potrafiłam to ocenić, kiedy tylko rzuciłam na Ciebie okiem, podczas Twojego „witania” się z klasą.- Ponury wyraz twarzy nie znikał. Lena zaśmiała się delikatnie pod nosem, ale nic nie powiedziała. Owinęła się za to szczelniej szalikiem i wyrzuciła peta, po czym wbiła rozmarzony wzrok w przestrzeń, która rozciągała się przed nią.
-Wprowadziłam się dwa domy od Ciebie.
-Kompletnie mnie to nie obchodzi.
-Wiem.- Dziewczyna ponownie się uśmiechnęła, po czym wstała z pomostu.
Ona naprawdę była okropnie irytująca.

poniedziałek, 29 października 2012

Bezsensuamożeiznim.


-Mam nadzieję, że przyjmiecie ją ciepło!- Entuzjazm nauczycielki był udawany. Klasa nie wykazywała żadnego zainteresowania nową w klasie dziewczyną. Ciche pomruki, to jedyna reakcja, na jaką byli się w stanie zdobyć. Uśmiechnięta osóbka, usiadła na jedynym wolnym miejscu, między dwójką nienawidzących się osób.
-Cześć, jestem…
-Żegnaj.
-Zgiń.- Annabeth nie miała ochoty na rozmowę z taka czy inną dziewczyną, która cieszyła się na widok dwójki nieznanych jej ludzi. Do Artura, oraz do niej, nie bardzo było, po co się cieszyć. Wręcz dziwnym było, robienie tego. Bo oni, na ogół w ogóle się nie cieszyli. Nowa dziewczyna spuściła głowę i wyjęła z plecaka jakąś książkę. Mieli godzinę wychowawczą, więc mogli robić co chcieli.
Anna zerknęła na książkę dziewczyny, ale ta była obłożona jakimś dziwnym, kolorowym papierem.
-Pamiętnik narkomanki.- An otworzyła oczy ze zdumienia. Bo przecież ona tak naprawdę nie oderwała nawet oczu od książki. Spostrzegawcza była, nie ma, co…
Zadzwonił dzwonek i wybił wszystkich uczniów z zimowego snu. Artur z Annabeth ruszyli na następną lekcje nie zwracając uwagi, na nową uczennicę, która włóczyła się samotnie, jak cień.
                                                                       ***
Zimno.
Annabeth idzie samotnie ponurą uliczką, popalając papierosa. Jej znienawidzony jedyny przyjaciel musiał zostać w szkolę na dodatkowym angielskim. Żałosny dupek i tak niczego się przecież nie nauczy, więc jakie to ma znaczenie.
Dziewczyna nie zauważa nawet, kiedy ktoś idzie obok niej.
-Poczęstujesz mnie papierosem?- Obie przystają. Anna wyjmuje paczkę. Podaje dziewczynie papierosa i podpala go. Idą dłuższą chwilę w milczeniu, nie zwracając uwagi na siebie nawzajem i prawdopodobnie przeklinając los, że musza iść razem.
-Czasami wystarczyłoby dać komuś szanse, żeby przekonać się kim jest, a nie z dnia na dzień powiększać fortece, jaką się jest otoczonym. Jesteś tylko malutkim osobnikiem, żyjącym w tym martwym świecie. Ty jesteś na w pół martwa. Chociaż czasami chciałabyś po prostu zaszyć się w jakimś koncie i umrzeć. Uśmiechasz się codziennie do żyletek, bo tylko one i Twój homoseksualny przyjaciel Cię rozumieją. Jesz raz na dwa dni. Prawdopodobnie gdyby ktoś się Tobą przejmował, to podejrzewałby u Ciebie anoreksje. Ale rodzice się nie przejmują. Możliwe, że nawet ich nie masz. Prawdopodobnie miałaś trudne i samotne dzieciństwo. Masz świetne oceny, sporo się uczysz. Kiedy czytasz, nie jesteś głodna, a przecież to jest ważne. Chudość jest ważna. Samookaleczenie się, jest ważne. Ty jesteś najważniejsza na świecie i tylko Twoje uczucia mają jakieś znaczenie. Do widzenia.- Dziewczyna odchodzi, nie zwracając uwagi na wryta w ziemie Anne.
-Więc jak masz na imię?
-Lena.

*******************************
Wydaję mi się, że jest AŻ tak źle, że znowu ciągnie mnie do pisania. Czyżby całe noce, spędzone przy laptopie postanowiły wrócić? Setki wordów, z nudnymi, drętwymi opowiadankami, tekstami, czy czym to może jeszcze być.
 To? To jest jakieś opowiadanie. Któreś z kolei . Postanowiłam je tutaj zamieszczać. Wcześniejsze posty, także zaliczają się do tego "opowiadania". Zaczynam pisać głupoty.

czwartek, 18 października 2012

Zima.


Mróz. Śnieg. Zima.
Za oknem ciemność, którą oświetla jedynie i wyłącznie bielusieńki śnieg. Patrząc na ten widok, wie się już, że na dworze jest około dwudziestu stopni na minusie. Nie ma to znaczenia, kiedy leży się w ciepłym łóżku, pod puszysta kołdrą. Patrząc na zegarek wiesz już, że za niecałe trzydzieści sekund zacznie dzwonić budzik.
3…
2…
1…
                                                           ***
-Nie, zostaw to! Nie wolno!- Czteroletnia Angie właśnie stara się pochłonąć telefon komórkowy swojej mamy, która z worami pod oczami rozpoczyna następny dzień, swojej marnej egzystencji. Ale nikogo nie obchodzi fakt, że musi się opiekować dziwnymi bachorami, które jakimś cudem, są jej.
Jej nastoletnia córka właśnie zwlekła się ze swojego łóżka i zawitała w kuchni, ze swoim zwykłym, prostym i nudnym wyglądem.
Kasztanowe włosy opadające delikatnie na ramiona. Wielki stary czarny sweter, który przypomina worek na śmieci. Zwykłe spodnie, które okrywają jej obrzydliwie chude nogi.
Skarpetki w kolorowe świnki dodają jej uroku. Sprawiają, że nie wygląda jak śmierć, która przyszła aby powysysać życie ze wszystkich ludzi dookoła siebie. Annabeth uśmiecha się perfidnym sztucznym uśmiechem do swojej rodzicielki i siada przy brudnym stole. Przed nią leży talerz z jajecznicą, na której widok, dziewczyna ma ochotę zwymiotować.
Po dziesięciominutowym grzebaniu widelcem w śniadaniu, Anna ponownie sztucznie uśmiecha się do matki i wychodzi jak najprędzej z domu.
                                                           ***
W ciepłej skórze i zwykłych trampkach na nogach, dzielnie maszeruje przez zaśnieżone uliczki. Stopy zaczynają jej powoli marznąć, ale nie ma ochoty o tym myśleć. Bo to przecież nie ma żadnego znaczenia. To tylko stopy. To tylko chłód. Najwyżej zostaną amputowane jej palce. Ale to nie ma znaczenia. Po chwili obok niej maszeruje dziwnie ubrany chłopak.
-Wyglądasz jak gówno.
-Ty też pięknie dziś wyglądasz, Arturze.- Dziewczyna nawet nie kwapi się aby spojrzeć na chłopaka. Patrzy tylko przed siebie, nie zwracając na niego uwagi. Wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczką z gołą babą, po czym odpala sobie jednego.
-Gdybyś zaczęła o siebie dbać i… kiedy Ty tak właściwie ostatnio myłaś włosy?
-Przypuśćmy, że około tygodnia temu.-Chłopak w tym momencie zrobił minę, która miała ukazywać jawne obrzydzenie jej osobą. Ale nie bardzo ją interesowało, co o niej myślał.
-Gdybyś się umyła i przestała chodzić w workach po ziemniakach, to chętnie bym Cię przeleciał.
-Jesteś gejem, Arturze.
-Wiem, Anno. 

sobota, 15 września 2012

~


Dziewczynka. Najpierw się uroczo do mnie uśmiecha. Stoi na polanie, dookoła niej mnóstwo kwiatów. Ma piękne długie czarne włosy. Biała sukienka, sięga aż jej kostek. Jest bosa. Nie potrzebuje butów, bo trawa jest miła dla jej stóp. W jednej chwili, cała scenografia znika. Nie ma już słońca i kwiatów. Jest ciemno. Długo mi zajmuje, aby przyzwyczaić się do ciemności. Okazuje się, że wcale nie muszę, bo im dłużej tam stoję, tym jaśniej się robi. Ta sama dziewczynka. Siedzi w wannie. Dookoła jest dziwnie, nieprzyjemnie… Unosi głowę i zerka na mnie. Jej oczy, są całe białe. Caluteńkie. Jej włosy są brudne, pozlepiane. Opadają jej na twarz, utrudniając widzenie. Jak się okazuje, leży w wannie pełnej krwi.
Chce stamtąd uciec. Chce krzyczeć. Nie mogę ruszyć się z miejsca. Nie mogę wydobyć z siebie dźwięku. Nie mogę zrobić nic. Mogę tylko stać i patrzeć, jak podnosi się powoli. Jej sukienka, nie jest już cała biała. Do połowy jest krwistoczerwona. Dosłownie…
Wychodzi powoli z wanny. Nadal nie mogę się ruszyć, a tak bardzo chciałabym stamtąd uciec. Albo chociaż przyśpieszyć ten cały proces. Podchodzi, z rękoma wyciągniętymi w moją strone. Jest już bardzo blisko. Czuje jej oddech, który jest obrzydliwy. Brzydzę się jej, ale nie mogę się odsunąć. Podnosi zakrwawioną dłoń i dotyka mojego policzka…
Bum. Mój pokój. Moje łóżko. Moja ciemność. Wszystko takie samo, jak przed pójściem do łóżka. Ja, zlana potem. Powtarzam sobie w myślach, że to był tylko następny koszmar. Nawet nie zauważam, kiedy zaczynam szeptać to na głos. Zaczynam powoli myśleć normalnie. Przestaje się cała trząść. Powoli wstaje z mojego łóżka, które mnie wręcz wyrzuca. Dobrze wiem, że tej nocy już nie zasnę. Po ciemku, na opak, szukam spodni. Naciągam je na chude nogi, w nadziei, że ochronią mnie przed letnim chłodem. Podnoszę z podłogi pierwszą koszulkę, która się nawinie. Prawdopodobnie jest przepocona i brudna. Nie obchodzi mnie to. Przecież jest ciemno. Znajduje na podłodze jakieś buty, które szybko wsuwam na nogi. Podłoga jest odpychająco chłodna, więc przyda się. Wychodzę z pokoju.
Idąc wąskim korytarzykiem, mijam lustro, które wisi tam na moje polecenie. Przechodząc obok, mam wrażenie, że zamiast mnie, jest tam ta dziewczynka. Wyrzucam z głowy tę myśl i idę dalej. Naciskam klamkę, zapalam światło. Wchodzę do sterylnej łazienki. Podchodzę do lustra. Długie kasztanowe włosy opadają mi bezwładnie na ramiona. Odstają w każdych możliwych kierunkach. Nie mam zamiaru niczego z tym robić. Tak jest dobrze. Opieram ręce o zimny zlew. Wszystko w tym domu jest zimne. Zerkam na swoje ręce. Pokaleczone, aż po same ramiona. Im wyżej, tym świeższe rany, które nie zdążyły się jeszcze zagoić. Odwracam wzrok. Wychodzę. Powoli schodzę po schodach, zatrzymując się, co dwa stopnie. Sprawdzam, czy nie wydaję zbytecznych dźwięków i czy jestem cicho. Wszystko w porządku. Staję przed drzwiami. Z szafki biorę kluczę, którymi otwieram wejściowe drzwi. Wychodzę. Zamykam. Odchodzę.
Ulica jest cicha. Aż za cicha. Można by pokusić się o stwierdzenie, że coś jest nie tak. Jest też ciemna. Aż za ciemna. Można by pokusić się o stwierdzenie, że coś jest nie tak.
A może to moja obecność tak działa na latarnie? Nie zważając na ciemność, idę środkiem ulicy, która i tak jest pusta. Gdy przechodzę obok jakiejś latarni, zapala się ona na moment, a potem szybko gaśnie. Jak gdyby świeciła tylko i wyłącznie dla mnie. Unoszę delikatnie kącik ust, ale nie przynoszę do tego wagi. Zimny wiatr, owiewa moje gołe ramiona a nogi okryte długimi spodniami i tak nie chronią przed chłodem.
Jest.
Duży, biały dom. Piękna, drewniana furtka, otwiera się, gdy tylko ją delikatnie popycham. Idę uroczą ścieżką, podziwiając piękne kwiaty, rosnące po bokach. Staję na tarasie. Patrzę na drzwi. Rozglądam się dookoła. Obok stoi do niczego nie pasująca paprotka, która psuje efekt wszystkiego. Schylam się do niej i spod jej liści wyławiam pojedynczy kluczyk. Kącik moich ust, znowu wędruje do góry. Prawie niewidoczny i niepewny, dla mnie samej. Otwieram po cichu drzwi. Wchodzę do środka i zsuwam swoje buty. Idę po białych, drewnianych schodach, na najwyższe piętro. Na poddasze.
Tuz przede mną, duże drzwi. Czarne, odrapane. Nie pasujące do tego idealnego domu. Naciskam na klamkę. Wchodzę do środka. Duże łóżko, stoi tuż przed ogromnym oknem, które ciągnie się na całą ścianę, od podłogi, aż po sam sufit. Tuz obok łoża, stoi pufa. Wygodna, skórzana pufa, na której siadam. Wpatruje się w plecy leżącej w łóżku osoby. Już po chwili, słychać delikatne poruszenie.
-Nienawidzę, kiedy to robisz.- Znowu delikatnie się uśmiecham. Ten głos, jest ukojeniem. Po każdym nocnym koszmarze, choćby mała jego dawka, jest lekarstwem.
-Znowu miałaś koszmary?- Kiwam potakująco głową. Podnosi się z łóżka. W samej bieliźnie, owiana światłem księżyca, wygląda zniewalająco.
Znowu obcięła włosy. Cała ona. Gdy nie podoba jej się jakikolwiek kosmyk, po prostu go obcina. Nie certoli się, w układanie ich. Dlatego jest piękna.
-Kładź się.- Uśmiecham się delikatnie. Zsuwam powoli spodnie z moim nóg i idę w stronę łóżka. Wsuwam się pod ciepłą kołdrę, czując jej piękny zapach. Ona zaś, staje przy otwartym oknie i odpala papierosa.
Jeszcze dłuższą chwilę, czuję dym, w moich nozdrzach. Potem wszystko się zatrzymuje. Wsuwa się, tuż obok mnie. Przywiera do mnie, swoim ciepłym, idealnym ciałem.
-Co Ci się śniło?
-To, co zwykle.- Wiem, że w tym momencie uśmiechnęła się szyderczo, mimo że jej nie widzę.
Po chwili czuję, jak jej włosy opadają na moje ciało. Nachyla się i czuję jej oddech na mojej szyi.
-Pozabijam wszystkie potwory, które będą chciały Cię tknąć. Te z szafy. Te z pod łóżka też. A tym bardziej, te z Twoich snów. Rozumiesz?- To pytanie, ma zostać bez odpowiedzi. Dobrze wiem o tym. U nas nie potrzeba słów. Wystarczą myśli, którymi się porozumiewamy.
Odwracam się i patrzę w jej piękne, ciemne oczy, które świecą gniewnym blaskiem. Podnosi rękę i przejeżdża opuszkami po moim ramieniu. Przechodzi mnie delikatny dreszcz, ale szybko mi przechodzi. Unoszę kącik ust i przybliżam się do niej.
-Kiedy mnie dotykasz, czuję jak wszystkie moje zmysły, przestają działać. Kiedy moje ruchy, przestają być kontrolowane. Kiedy moje myśli, uciekają. Wystarczy, że mnie dotykasz. To wystarczy…